piątek, 27 kwietnia 2012

Rewolucje sufitowe

Wiedziony wiosenną aurą postanowiłem w połowie kwietnia rozpocząć sezon budowlany. Jakże srodze się zawiodłem - mimo, że to połowa kwietnia samochód utknął w śnieżnej zaspie. Na szczęście do chaty brakowało może pół kilometra, więc poszedłem po łopatę i po godzinie szuflowania mogłem ruszyć dalej. Na marginesie dodam, że trzy dni później zastukał do mnie człowiek z pytaniem...czy mam łopatę bo zakopał się samochodem w zaspie:-). Pierwsze dni kwietniowy krajobraz wyglądał mniej więcej tak


czyli zima w pełni. Na szczęście wkrótce się ociepliło i śnieg się stopił. Ten zimowy jeszcze czas wykorzystałem na prace wykończeniowe z boazerią na (jeszcze) poddaszu. Piła ukosowa mimo, że z supermarketu cięła setki desek i listew bezawaryjnie.






Gdy warunki pozwoliły na pracę na zewnątrz lekko ogarnąłem stertę gruzu - tynku, starego komina i pieca - wyrównałem to wszystko.






zostawiłem tylko naturalny kamień - a nuż się jeszcze przyda.

Nadszedł długo oczekiwany moment - mogłem wziąć się za zrzucanie sufitu - jeszcze tylko zbicie tynku ze ścian i sufitu w dawnej kuchni. Trzy godziny pracy w ciężkim pyle i kurzu, ale inaczej się nie dało.



Tynk oczywiście ułożony był według starej szkoły na słomie:




Następnego dnia od rana pila spalinowa poszła w ruch i półbale tworzące sufit/podłogę poddasza zaczęły spadać jeden po drugim.





Zrobił się z tego potworny bałagan bo od strony poddasza sufit był ocieplony mchem/sianem/gliną. Wszystko poleciało w dół.




Pół dnia trwało zrzucanie sufitu, kolejne pół - sprzątanie. Efekt końcowy tego dnia? Proszę bardzo:



Piec jakby się skurczył - Mam teraz pomieszczenie o wysokości ~4,5 metra. Belki konstrukcyjne oczywiście zostają. Zostaną wykorzystane jako podparcie legarów, na których będzie antresola.
Druga część sufitu nad sienią i drewutnią czeka na swoją kolej - to ta część, na którą można się wdrapać po widocznej na fotce drabinie. I tam będzie nowa podłoga (ocieplona od spodu, bo sień i drewutnia nie są ogrzewane)



To już końcówka kwietnia, ale przyroda jeszcze śpi


nieśmiało zaczyna kiełkować  trawa, ale póki co tylko żonkile wykorzystują pierwsze słoneczne dni




sobota, 11 lutego 2012

Wszystko białe

Zima to martwy sezon dla prac remontowych, na zewnątrz zimno, w środku ciasno (jeszcze), okien nie otworzę bo zamarznę. Tym niemniej słysząc komunikaty o obfitych opadach śniegu w górach postanowiłem przekonać się czym dla mediów jest słowo "obfite".
Wybrałem podejście od stacji PKP - 5km, latem zajmuje mi około 1g 15min do 1g 30 min. Na dole śniegu może ze 40 cm, ale podczas podejścia stawało się go więcej i więcej. Scieżka była o dziwo przedeptana nawet już poza ostatnimi zabudowaniami, więc w miarę szybko dotarłem w pobliże chaty. Niestety około 200-300 metrów przed końcem mojej drogi na większej polanie przetarta ścieżka znikała zawiana śniegiem. Postawiłem nogę w śnieg i...wpadłem po samą pachwinę, a stopa i tak nie znalazła twardego oparcia, druga noga...i podobnie. To było zabawne bo miałem chałupę w zasięgu wzroku, a mimo wysiłku robiłem kilka kroków na minutę i wciąż byłem daleko. Na szczęście był spory mróz, więc  śnieg nie przylepiał się do mnie i nie przemakałem. Po około 30 minutach przemieściłem się o mniej więcej 100 metrów. Wokoło mnie pełno było śladów zwierząt...i wtedy mnie olśniło - one mają 4 łapy. Dawaj na czworakach. Padłem na kolana i opierając się na dłoniach oraz kolanach i podudziach zapadałem się już tylko na około 10cm, więc kolejne 100 metrów pokonałem już iście ekspresowym tempem w 10 minut.
Zziębnięty wszedłem do chaty - temp wewnątrz minus 2, trzeba jak najszybciej palić w piecu, drewno jest, zapałki są, ale, ale...komin zasypany to ciągu nie będzie. Zgniotłem w ustach przekleństwo i wróciłem na zewnątrz. Faktycznie czapa na kominie pewnie z pół metra. Kolejny kwadrans zajęło mi znalezienie odpowiednio długiej deski, którą mógłbym sięgnąć i ściągnąć ten śnieg. A to już następnego dnia nieco wytopiony śnieg od ciepłych spalin:






Żałowałem, że nie mam rakiet śnieżnych, bo byłyby idealne na te warunki. Potrzeba matką wynalazku - mam przecież deski i sznurek - poeksperymentuję.No i proszę




Na krótkie wycieczki idealne:-)
I zostawiają bardzo charakterystyczny i niepowtarzalny ślad




Przechadzając się po okolicy w rakietach własnej produkcji cyknąłem kilka mniej lub bardziej udanych fotek







Koniecznie też musiałem sprawdzić, ile w rzeczywistości jest tego śniegu, wziąlem z chaty szuflę i zacząłem kopać. Kopałem, kopałem:


i się w końcu dokopałem do gruntu. Cała szufla - nie dziwne, że zapadając się stopa nie znajduje twardego oparcia.
Wracam do ciepłego wnętrza.


sobota, 3 grudnia 2011

Boazeryjnie

Umówiona ekipa do boazerii nie przyszła. Zebrałem się i przyjechałem na tydzień z myślą o samodzielnym montażu desek. W końcu kiedyś już miałem okazję układać boazerię. Mając w pamięci ręczne docinanie desek kupiłem w supermarkecie najtańszą ukośnicę. Na szczęście siedząc w schronisku przy piwku trafił się miejscowy ochotnik pomocnik, który za rozsądną stawkę zgodził się pomagać. Nie wierzyłem, że przyjdzie bo rozmowa toczyła się przy piwkach, ale jednak - następnego dnia o 8:30 pojawił się tak jak obiecywał. Po pierwsze odwiódł mnie od koncepcji układania desek w poziomie (tak jak ułożyłem wcześniej na szczytach) - wg mnie byłoby ciekawiej, ale dzięki zmianie decyzji (deski w pionie) praca miała pójść szybciej. Po drugie przyniósł zszywacz (wcześniej próbowałem mocować deski na klipsy i zszywki, ale mi nie szło). Robota poszła faktycznie szybciej, tym bardziej, że mieliśmy narzędzia.



Dzięki temu w ciągu 5ciu dni ułożyliśmy praktycznie wszystko (bez wykończeń i sufitu, który też był jego koncepcją). Pomysł sufitu pozwolił oszczędzić czas i nie docinać desek






Później okazało się, że oszczędność nie była tak znaczna, bo docięcia wymagały deski na sufit:-)

Do wykończenia pozostały również listwy przy oknach





tym niemniej byłem bardzo zadowolony z tego co udało się w ciągu tych kilku dni zrobić



Przełom listopada i grudnia pokazał mi mroźne i mgliste poranki






i bajecznie kolorowe ale i wczesne zachody słońca








sobota, 15 października 2011

Polska Złota

Rok temu obiecałem sobie, że październikowych buków nie odpuszczę, więc zjawiłem się na kilka dni około 10tego października. Nie zawiodłem się:







Nie tylko buki pokazały jesienne barwy. Modrzewie nie bez szans stanęły z nimi w szranki






i nawet krzewinki głogu/tarniny? - sam nie wiem - pokazały inne oblicze



w chwilach gorszej pogody przygotowałem pokaźną stertę opału na zimowe wypady (tym razem wszystko zostało pocięte i zmagazynowane w drewutni)





a z kamieni i resztek cementu skleciłem schodki vis a vis drzwi wejściowych do chałupy




 na poddaszu dokończyłem ocieplanie wełną i przymierzyłem się do układania boazerii (panowie, z którymi się umówiłem nie pojawili  się i coś czuję, żę czeka mnie ubicie 100 metrów kwadratowych boazerii)





 Obiłem obie ściany szczytowe. Jedną męczyłem przybijając deski w felc, żeby gwoździe nie byly widoczne, ale drugą odpuściłem i poleciałem miedziowanymi gwoździkami z małymi łbami przez deski. 7 razy szybciej a efekt prawie taki sam.A docinanie desek ręczną piłą uczy pokory

Łudzę się jeszcze, że nie bedę musiał reszty robić sam.
Przed odjazdem jeszcze rzut okiem na okolicę


Stawiam piwo temu kto powie jakie szczyty majaczą w oddali nad dachem:-)








sobota, 13 sierpnia 2011

Równo z górki

W ostatnich dniach ekipa remontowa skończyła obijać elewacje deskami, więc czym prędzej ruszyłem w drogę. Tak jak rok wcześniej z dachem tak i tym razem nie poczułem się rozczarowany efektem. Spójrzecie sami







a jeśli pokazać to  w zestawieniu z tym co było wcześniej mniej więcej z tego samego ujęcia




znajdź 5 szczegółów, którymi różnią się zdjęcia;-)

Do zrobienia w dalszym ciągu pozostają okna - co najmniej  2 trzeba wymienić, żeby otwierały się do środka - bez tego nie da się założyć sensownych okiennic (zamykanych od środka)

Chata wypiękniała - w końcu nadszedł czas na  zajęcie się bardziej przyziemnym tematem. Postawienie wychodka/wygódki/sławojki - proszę wybrać najbliższą sobie nazwę, nie powinno być problemem, dlatego taki drobiazg postanowiłem zbudować własnymi siłami (tym razem pomagał mi syn).
Konstrukcję zbiliśmy z resztek łat, które zostały po innych pracach, potem obiliśmy to starymi deskami, które zostały zerwane z elewacji. Wyszło z tego coś takiego:




Jeszcze tylko trzeba przeszlifować siedzisko




musi był gładko, bo kto będzie drzazgi wyciągał?. Można siadać i zamykać drzwi




dachu nie ma! (jeszcze?) sprzyja to zadumie i...poprawia wentylację, no i spłuczka nie potrzebna;-)
A żeby jadowite wyziewy nie docierały do chaty kibelek stoi w pewnym oddaleniu, ale za to w dole - więc nawet w krytycznej sytuacji wystarczy zbiec z górki:-)


to pędzę...:-)