sobota, 20 listopada 2010

Odkrywka

Wspominałem już o śmieciowych skarbach zalegających w strumieniu. Dla unaocznienia skali krótka przechadzka nie dalej jak 100 metrów od chaty



żal patrzeć, pierd...nik jak mało gdzie. Podejdźmy bliżej
Wszyscy chyba znacie Paprykarz Szczeciński (najmłodsi niech nie mylą z Paprykarzem od "Jak żyć panie premierze" bo to nie to samo), tu zemsta Szczecina nawet z gratisem:-)


dwa kroki dalej w towarzystwie flaszki zapitej browcem dogorywa Antek




W takim towarzystwie formy raczej nie odzyska, za to przed komarami, kleszczami i prusakami ochroni go dobrze znany Muchozol






Co ciekawe w tym PRLowskim muzeum trafiają się również goście dewizowi (pewnie stryj z USA przysłał)




to w skrócie tyle, jeśli ktoś ma ochotę na wykopki - serdecznie zapraszam:-)

i widok od dołu


Liczę, że jak już ogarnę chałupę to uda mi się dogadać z gminą na wspólną akcję zebrania tego towaru.

sobota, 30 października 2010

Zduńska robota

3 dni temu zadzwonił zdun. Piec gotowy. Czym prędzej wskoczyłem w pociąg, nie mogłem doczekać się tego co zobaczę w chacie. Prawie biegiem pokonałem 5km od stacji PKP. Wpadłem do chaty i....szczęka mi opadła



Dla mnie bomba!! popatrzcie na to


no to rozpalamy:-)


pięknie, po prostu pięknie
I zbiornik na wodę też jest


jak dla mnie - piec na medal, zdun na złoty medal. Dostał klucze i bez nadzoru zrobił coś wg mnie  perfekcyjnie. Mam trochę niestety negatywnych doświadczeń z ekipami budowlanymi w dużym mieście. W Beskidach jest inaczej!

No i ustrzeliłem kolejną porę roku w górach.
Tu modrzewie jeszcze z żóltymi igłami, a w tle pierwszy śnieg (tylko niebo jakby przepalone)


jesienne slońce centralnie po oczach


i ostatnie błocko


 buki już łyse. Za rok muszę się z nimi zgrać jak będą czerwone

Jesienny zmierzch wcale nie taki nudny




środa, 13 października 2010

Tanie grzanie

Lato uciekło  niepostrzeżenie. Poranne chłody  i ledwo zipiący piec zmusiły mnie do rozwiązania problemu efektywnego grzania chałupy. Wykombinowałem, żeby na miejscu starego pieca postawić nowy, podobny, napchany szamotem do granic możliwości. Dodatkowo będzie wyposażony w  zbiornik do grzania wody i drzwiczki z szybką - to taki kaprys - będzie namiastka kominka (bo kominek to daleka przyszłość).
W pobliskiej wsi znalazłem kaflarnię, wybrałem wzór


 i skontaktowałem się z poleconym przez kaflarza zdunem. Omówiliśmy co ma zrobić, dostałem listę materiałów, do kupienia (piach, cement, wapno to wiadomo, do tego glina szamotowa, cegły szamotowe i tzw wylepki - małe "cegiełki" szamotowe, którymi wykleja się wnętrze kafla - dłużej trzyma ciepło). 
Transport około 2 ton materiału na górę to odrębna historia. Kafle, z obawy żeby się nie uszkodziły, załadowałem do swojego samochodu. Po resztę podjechał zamówiony dostawczak. Oczywiście uzgodniłem też temat z góralem, który jak zawsze chętnie (kto nie chciałby zarobić) służy swoim ciągnikiem bo dostawczak na samą górę nie wjedzie. Kiedy rano zjeżdżałem na dół nic nie zapowiadało kłoptów. Na podjeździe w górę w drodze powrotnej około 500 metrów przed końcem trasy (przeładunkiem na przyczepę ciągnika) okazało się, że trwają prace na drodze - układanie nowego asfaltu. Przekleństwa same cisnęły mi  się na usta, no ale przecież nie po to zabawa z chatą, żeby się spinać. Rozładowaliśmy wszystko na łące. Udało mi się znaleźć opłotkami przejazd i po 6ciu kursach/4ech godzinach towar był w punkcie przeładunku na traktor. Panowie lejący asfalt nie posunęli się w tym czasie ani o milimetr bo ciężarówka z asfaltem nie dojechała. A droga zablokowana...
Gdy już wszystko znalazło się w chałupie opracowałem plan: w dniu wyjazdu pobudka o 6tej rano, rozwalenie starego pieca i przygotowanie wylewki pod nowy (bo  umówiłem się ze zdunem, że przygotuję to we własnym zakresie). 
Jednak zanim praca znalazło się i kilka chwil na kontemplowanie jesiennej przyrody









W dniu rozbiórki poranek był już ścięty pierwszym  mrozem


a tu widać miejsca, w których dach jeszcze nie został ocieplony, no i troszkę drewna pociętego na zimę


rześki poranek sprzyjał szybkiej pracy. Wnętrze pieca było oczywiście jeszcze mocno ciepłe po wieczornym paleniu. A demolka była taka





po wybraniu około 20cm gruntu ułożyłem coś w rodzaju wanny z papy a w tym zrobiłem podkład z  kamieni, których na szczęście mam pod dostatkiem w okolicy.


jeszcze tylko godzina bełtania wylewki i proszę - gotowe


zadowolony z efektu zjechałem do zduna. zostawiłem mu klucze i wróciłem na niziny.

ps: W rozbiórce pieca dzielnie pomagał mi ojciec

sobota, 11 września 2010

Nieowcza, ale wełna

Tym razem krótko - dach gotowy, czas na ocieplanie, wełna wciągnięta na górę, więc można układać i sznurkować. Żeby było konkretnie dam 15cm między krokwie i potem jeszcze 8cm w poziomie pomiędzy nabite na krokwiach łaty. Nie straszna mi będzie najcięższa górska zima. Robota niby łatwa, ale pyli się cholerstwo nieprzeciętnie. Pierwsza warstwa w 90% już ułożona


Zostały miejsca przy kominie - coś zacieka bo chyba panowie górale nie uszczelnili dokładnie więc trzeba najpierw obróbkę poprawić a na wiosnę się dokończy. No i ściany szczytowe poddasza też jeszcze nieocieplone. W końcu to raczej maraton a nie sprint...się zrobi, ciśnienia nie ma.

sobota, 7 sierpnia 2010

Pod blachą

Lato na półmetku, panowie górale skończyli prace dachowe. Dostawy materiałów na górę okazały się być nie lada wyzwaniem logistycznym, na szczęście znalazł się ciężki traktor z przyczepą i żądnym dudków;-) właścicielem, który zgodził się pomóc. Letnie ulewy mimo zdjętego dachu nie zaszkodziły zbytnio budynkowi - wykonawcy zadbali o zabezpieczenie stropu foliami. Ten etap prac mnie zupełnie ominął - po prostu przyjechałem na gotowe. Efekt przeszedł moje oczekiwania! Chałupa zmieniła się zdecydowanie.


Aha - komin też został postawiony na nowo - większy -  na dwa kanały - bo piec to jedno a może jeszcze kominek się pojawi.
A tu była przybudówka




Poddasze stało się bardziej przyjazne


kolejnym etapem będzie układanie wełny (2 rolki już czekają, oczywiście to zbyt mało, ale wełnę upycham do samochodu i sam po trochu wożę na górę).
Po tych zmianach została mi wielka góra drewna


 której większość spaliłem - trwało to 3 dni jednoczesnego palenia dwóch ognisk, a niewielką część pociąłem na opał na zimowe przyjazdy. Zostały mi też 2 maszyny - młockarnia (chyba) i wialnia




 A na koniec porcja wieczornych widoczków. Miejsce jest dla mnie po prostu niesamowite






sobota, 19 czerwca 2010

Czerwcowa baranina

W czerwcu miałem już dogadaną ekipę na zrzucenie eternitu z dachu, wyburzenie przybudówki, położenie nowej więźby i pokrycie blachodachówką. Wiem, puryści będą się zrzymać, czemu nie gont, wiór itd....Jeśli zapewnicie finansowanie to z przyjemnością wymienię blachę na rasowe pokrycie.  
W międzyczasie wziąłem się za demolowanie wnętrza - zbiłem tynk w jednej z izb



Stan bali, zwłaszcza w dwóch narożnikach nie wygląda najlepiej - o ile konstrukcja trzyma się kupy, to próchno na kilka centymetrów wgłąb belek nie pozowli mi na na ich pozostawienie bez zakrywania (a może jakieś pomysły co z tym zrobić?)
Nic to, kolejny poranek, mimo, że deszczowy zaskoczył mnie bardzo. Obudziły mnie dzwonki. Wyjrzałem  na łąkę a tam:



dla mieszczucha widok niesmowity, tym bardziej, że pod wieczór pogoda się poprawiła i wyjrzało słońce (mała zagadka - Co to za "placek" mniej więcej po środku zdjęcia?)



Dobrej nocy


sobota, 1 maja 2010

Plany są ambitne

To już kolejny raz tu jestem. W kwietniu dwa razy wpadłem na rekonesans. Mimo przeciwności losu - chyba nie umiem prowadzić samochodu w terenie - w lekkim błotku spędziłem 1,5 godziny, no ale udało się wydostać.
Zaczynam planować prace remontowe. Tynki ze ścian i sufitu


do zbicia.
Dach eternitowy


 - do kasacji, podobnie więźba dachowa


do takiej roboty potrzebna będzie ekipa, sam nie dam rady. A eternit do utylizacji przez gminę, tylko wniosek muszę złożyć i będzie git. Plany zagospodarowania poddasza są wielkie. Chcę dach ocieplić wełną - chata ma być dosgtępna i komfortowa również zimą.
W dalszej przyszłości wymiana desek na elewacji a potem wykańczanie wnętrza - zobaczę co pokaże się pod tynkiem i zadecyduję czy da się zachować stare belki, czy jednak będą wymagały przykrycia nowym drewnem.
Tymczasem rozglądam się po obejściu i widzę, że mieszkańcy nie zaprzątali sobie głowy problemem utylizacji śmieci.


Byle za chałupę a "siły natury w slużbie człowieka" pomogą. Syfu jest nieprzebrana ilość, zwłaszcza w  strumieniu, który wypływa z łąki. Ciut poniżej w lesie można w nim znaleźć stare gumiaki, garnki, dziurawe wiadra, worki po nawozach, plastikowe miski, tubki po paście do zębów (czyli o higienę dbano - w zasadzie możnaby sprowadzić archeologów na wykopaliska). Puste butelki po alkoholach wszelakich to odrębny temat. Może kiedyś zrobię z tym porządek. Wrzucam na listę "To do", ale raczej z niskim priorytetem
Za to widoki z łąki rekompensują wszystkie niedoskonałości.


Ta chalupka stoi na sąsiedniej działce, architektonicznie jest ciekawsza bo ma daszki (nie wiem jak się fachowo nazywają) na szczytach, ale jej stan jest opłakany.

 Jak widać prawa część chałupy lekko siada - to przybudówka o słabej konstrukcji - do rozbiórki.


Praca na lata - tylko wygrana w lotto może to przyspieszyć. Idę do schroniska zapytać o solidną ekipę ciesielsko dekarską.